Dywagacje okołokonsumpcyjne.
środa, 30 czerwca 2010
Po tatarsku.

Oj, chodził za mną tatar od dłuższego czasu, lecz jak to z tatarem - łatwo nie jest. Odczuwam zasadniczo wewnętrzny niepokój myśląc o tym jakie konsekwencje dla mojego boskiego wnętrza może mieć źle przygotowane lub, co gorsza, niezbyt świeże danie z surowego mięsa. Dlatego zwykle czekam, aż ktoś ze znajomych poleci mi dobrą restaurację z tatarem. Tak było i tym razem.

Jedną z knajp gdzie spokojnie można wybrać się na tatara i nie tylko jest Dekanta (Wawka, ul. Marszałkowska 55/73). Miejsce może nie najtańsze, o czym później, lecz przyznać trzeba iż przygotowanie strawy mięsnej mają całkiem przyzwoicie opanowane.

Szybkie rzut okiem na menu ... (chyba mi się ręka trzęsła z wrażenia)

Menu dekanta


... tak zdecydowanie - czas na tatara.

Tatar Dekanta


I tutaj mały zonk fotograficzny. Miałem taką ochotę przejść do konsumpcji, że omal nie zapomniałem o fotce - stąd tatar lekko już rozemłany. No sorry. Niemniej jednak jest wszystko co trzeba: męcho, dużo pieprzu, żółtko, cebula, ogórek a i kawałki śledzia się znajdą. W zasadzie doskonale z tym powinna konweniować zimna wódka - ale przyznam, że podawany beczkowy Paulaner również daje radę.

Młoda Dama bardzo chwaliła sobie natomiast Tagiatelle z grzybami.

Tagiatelle Dekanta

Po dość sporej przekąsce, o ile nie ma się jeszcze dość, można przejść do konkretów. W moim przypadku rozłożone zostało to na kolejne odwiedziny w Dekanta.

Miałem tam okazję zjawić się kolejny raz przy okazji goszczenia w stolycy dwóch młodych przyjaciół z Rumunii szukających wrażeń oraz możliwości współpracy lub pozyskania środków na inwestycję w ich przecudowny i oczywiście innowacyjny serwis internetowy. Tutaj powinno paść słowo klucz określające owych młodych ludzi, niezwykle modne ostatnio, więc nie może go zabraknąć i w niniejszym tekście. Fanfary będę używał słowa. Oto i - Entrepreneur. Mam poczucie, że to przepiękne określenie zaczęło funkcjonować w branży internetowej trochę jak Web 2.0 czy Social Media. Niekoniecznie musi coś konkretnego znaczyć ale dobrze brzmi. (Jeżeli jednak ktoś bardzo potrzebuje dokładniejszej analizy - odsyłam do wikipedii.


Wracając do naszych rumuńskich przyjaciół - zabrałem ich do wiadomej knajpy.

W oczekiwaniu na konsumpcję usłyszałem kilka opowieści jak to źle jest narodowi rumuńskiemu, ze względu na ich ciągłe jednoznaczne kojarzenie z cyganami żebrzącymi na ulicach wszystkich miast Europy. Prawdę mówiąc zrozumiałem wtedy, że sam mówię zamiennie o rumunach i cyganach. A to przecież kolosalny błąd - to dwa kompletnie inne narody, a mniejszość romska w Rumunii to zaledwie 2,5 procenta populacji (znowu odsyłam do wikipedii). Niezłe, nie?

Konwersacja się ożywiała, a w międzyczasie na stół trafiały zamówione dania.

Żurek:

Zurek Dekanta


oraz oczywiście stek w sosie pieprzowym z dodatkiem pieczonych ziemniaków.

Stek Dekanta


Jeden z gości widząc jajko w zupie omal nie uświnił nam stołu - jak się okazało ma poważną awersję do kur i ich omc* potomstwa. Na szczęście kilka łyków browara przywróciło mu wiarę w życie. Natomiast stek uczynił je piękniejszym i zdecydowanie bardziej przejrzystym.

Zgodnie z przewidywaniami mięso było doskonałe i świetnie przyprawione. Paulaner jako napój chłodzący stanowi nieodłączną cześć dania choć dla koneserów win - piwniczka w Dekanta jest bardzo przyzwoita.

Generalnie, nie ma co kombinować - Polecam knajpę zdecydowanie - o ile ma się w portfelu ok 100 zł na osobę przy większym głodzie lub 50 przy mniejszym :)

Aaaaa, Uwaga. Wieczorami można trafić na kabaret Pod Egidą. Osobiście nie trawię Pietrzaka więc lepiej wpaść na obiad niż na kolację ;-)

*omc - o mało co

PS. Postanowiłem wrócić do regularnego blogowania bo i materiału znowu się nieco nazbierało.

 

11:34, pennepesto , polskie
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 września 2009
Bary mleczny - Zawsze skuteczny.

Well, powoli czuję swoje ostatnie podrygi w korpo. Zbliża się wielgaśnymi krokami chwila rozpoznania nowych terenów konsumpcji lanczowych w nowych okolicach i w nowym towarzystwie. Zanim jednak opiszę co i jak i dlaczego - wstyd przyznać - odkryłem niezłą lanczownię - rzut minioszczepem od siedziby obecnego jeszcze pracodawcy.

Zostałem zaprowadzony do Bufetu (nazwy to to chyba żadnej sensownej nie ma, niech więc zostanie Bufet), wskazano mi palcem możliwości konsumpcyjne oraz cennik. Nie da się ukryć, że byłem lekko zszokowany. Ale po kolei. Po pierwsze - Miejsce. Wawa, Róg Prostej i Towarowej (czyli Rondo Daszyńskiego) tuż przy budynku IPNu. Wejście do tego przecudnego przybytku konsumpcji wszelakiej wygląda następująco:

wejscie bufet

Pięknie c'nie?

Po drugie - Konsumpcja. Zestaw lunchowy składa się z zupy, drugiego, surówki oraz kompotu. Uwaga! będzie trudne. Zup mamy pięć, drugiego z 6 rodzajów,  surówek też z pięć i ..... tadam ...... nielimitowana ilość kompotu. Danie można "składać" w sposób dowolny z wymienionych składników. Może ono wyglądać tak ...

miecho bufet

Albo tak ...

miech obufet 2

Generalnie szybko podane, nieźle pachnące, porcje zdrowiutkie. No i po trzecie - zestaw lunchowy kosztuje 14 zl polskich. Jeżeli więc brzuch domaga się obiadu domowego spokojnie można wybrać się do Bufetu.

Tagi: lunch
21:28, pennepesto , polskie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 sierpnia 2009
Moniuszko jest kiepskawy.

Nie sądziłem, że tak się stanie. A jednak. Postanowiłem dodać nową kategorię o jakże przecudnej nazwie: dramat. Nie było wyjścia - nie dałem rady. Już informuję skąd to, dlaczego, po co i inne cośtam cośtam.

Po zamknięciu korpojadłodajni wciąż eksploruję knajpy w centrum. Tym razem padło na restaurację Halka (Pańska 85). Bywam tam od 2 czy 3 miesięcy. Mocno wioskowy wystrój (talerze na ścianach podświetlone lampkami choinkowymi to jednak hardkor) połączony był zawsze z całkiem miłym zestawem lunchowym składającym się zupy, drugiego oraz szklaneczki prawdziwego kompotu. Całości radości dopełnia fakt, iż zestaw ten kosztuje tylko 15 zł. Porcje nigdy nie były wielkie, ale też nigdy nie wychodziłem z knajpy głodny.

W zasadzie miałem napisać, że to fajne miejsce na lunch i tego typu sprawy ... niestety w ostatnim czasie coś się popsuło. Znajomi z korpo, podobnie jak ja, zauważyli, że porcje są mniejsze, mięso twarde, ziemniaki stare, sałatka mikroskopijna a kompot zastąpiony został sokiem, albo i nawet rozcieńczonym sokiem. Tylko zupa jako tako trzyma poziom.

Dzisiejsze 2 danie nie nadawało się do jedzenia.  Po pierwszym kęsie czegoś co zostało nazwane "kotletem schabowym" poprosiłem kelnerkę o zabranie talerza. Otrzymała ona również pytanie na twarz w stylu "o so chodzi?". Po chwili wszystko było jasne - zmienił się kucharz. Oznacza to tylko jedno. Czekam na następną zmianę "miszcza kuchni wszelakiej", a do tego czasu skorzystam z oferty kilku innych knajp w okolicy.

Polecam, póki co, omijanie wyżej opisanej restauracji, aż do odwołania. I szkoda, że nie zrobiłem foto - byłoby się z czego pośmiać, szczególnie w świetle boskiego steku o którym już wkrótce napiszę kilka słów.

(Osoba, która wybrała się ze mną lunch zamówiła klops w sosie pomidorowym. Również nie został skonsumowany. I tyle w temacie opery.)

Tagi: dramat
21:58, pennepesto , polskie
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2