Dywagacje okołokonsumpcyjne.
wtorek, 08 września 2009
Czeska akustyka.

Zastanawiałem się wielokrotnie dlaczego w polskich, telewizyjnych realizacjach koncertowych dźwięk jest tak przecudnie beznadziejny. Nietrudno zauważyć, że coś nie gra. Gitary za cicho, wokal za głośno, niektórych instrumentów w ogóle nie słychać. Abstrahuje od sytuacji kiedy "zepsuł" gra z full lub pół-plejbeku i ma beznadziejne przygotowane podkłady z których realizator nie ma szans, aby cokolwiek "wyciągnąć".

W przeciwieństwie do polskich realizacji - oglądanie relacji z koncertów zagranicznych gwiazd, mniejszego lub większego kalibru, to zdecydowanie większa przyjemność.

Podobnie bywa z realizatorami dźwięku na normalnych koncertach. Jeżeli kapela nie ma własnego Pana Akustyka (oj warto było np posłuchać tegorocznego koncertu Nine Inch Nails w Poznaniu aby zrozumieć że mogą kapcie spadać) to w większości wypadków można z góry założyć brzmieniowy dramat. No cóż - akustycy to specyficzna nacja.  Moje własne doświadczenia wskazują, że niestety często to niedoszli muzycy, którzy z braku laku zajmują się kręceniem gałkami, a słuchu nie mają za grosz. No dobra, są wyjątki. Potwierdzające regułę, ale zasadniczo to wyjątki. Generalnie przyzwyczaiłem się do tego grając czasami koncerty tu i ówdzie w naszym pięknym kraju.

Zdarzyło mi się również grać u naszych południowych przyjaciół w pięknym mieście znanym jako Praga. Gdy wrzuciłem muzyczne graty na scenę pojawił się sympatyczny młody człowiek i piękną angielszczyzną zaanonsował, iż nazywa się Zdenek Jakiśtam, jest akustykiem na dzisiejszym koncercie i w czym on może pomóc bo ma przedłużacze do prądu, kable, mikrofony i inny stuff o który zwykle było bardzo ciężko. Z niedowierzaniem szturchnąłem mojego wokalistę mówiąc ze łzami w oczach "To niemożliwe - on ma kable ...". Dalsza część próby przebiegła szybko i sprawnie, podobnie jak sam koncert po którym znajomi stwierdzili, że to był nasz najlepszy i najlepiej brzmiący występ. Faktem jest, że mógł być niezły bo postanowiliśmy uskutecznić abstynencję alkoholową do momentu zejścia ze sceny.

No tak rozpisałem się, a gdzie tu jakieś żarcie? Cóż ... będąc w Czechach - w zasadzie grzechem byłoby nie spróbować knedlików.

knedlik

Rycina przedstawia knedliki z gulaszem. Zamówione gdzieś tuż za granicą czeska jadąc od strony Szklarskiej Poręby. Cena? Nie pamiętam, ale oczywiście nie rzucała na kolana.

Prawdę mówiąc nie wiem czy było to smaczne. Nie da się ukryć, że głodny byłem jak diabli więc smakowałoby mi wtedy wszystko. Same knedliki są według mnie bez sensu - równie dobrze zamiast mogłyby być ziemniaki albo frytki albo kasza albo ryż - cokolwiek. No ale jak Czechy to Czechy - nie ma co wnikać - trzeba spróbować - przynajmniej raz.

21:13, pennepesto , czeskie
Link Komentarze (1) »