Dywagacje okołokonsumpcyjne.
środa, 15 lipca 2009
Piramidka Henry

Pierwszy raz odwiedziłem Brukselę w 1997 roku w drodze na Dour Festival. The Sisters Of Mercy, Front 242, Type O Negative, Project Pitchfork - miodnie było, aż łezka się w oku kręci. Kupiłem wtedy moją ulubioną skórzaną kurtkę, chodzę w niej jeszcze czasami i pewnie nadal będę ją przyodziewał - no chyba, że się rozpadnie, na co na szczęście się nie zanosi.

Tam też miałem okazję posilić się pierwszy raz w życiu gotowanymi ślimakami winniczkami. Facet sprzedawał je po 13 sztuk na ulicy tak jak w Krakowie sprzedaje się precle. Były bombowe. Mam też słabość do belgijskiego piwa o wdzięcznej nazwie Duvel. Jest w małych, beczułkowatych butelkach 0,33 litra (takich jak browar w Polsce za ciężkiej komuny). Warto dodać, że to piękne w kolorze jasne piwo posiada 8,5% alkoholu i jest absolutnym killerem w większych ilościach.

Niedaleko miejscowego rynku zwanego Grand Place znajduje się trzy miliony knajpek z których w 99% znajdziemy owoce morza. Niewątpliwie numerem 1 w serwowanych daniach są mule lub jak kto woli małże. Danie wygląda następująco:

Mule

Jak widać na załączonej rycinie to normalny garnek wypełniony po brzegi ugotowanymi mulami z dodatkim jakieś zieleniny i ziół. Moim zdaniem - rewelacja - strawa godna każdego przyzwoitego leniucha konsumpcyjnego. Obowiązkowo należy do tego zamówić jakiś boski napój - zarówno piwo jak i białe wino półwytrwane doskonale konweniują z tym daniem. W moim przypadku padło na złoty napój miejscowej produkcji - Maes. Ach, no i zapomniałbym - do muli otrzymamy także frytki, specjalnie krzywo cięte, aby nie było wątpliwośći, że są obrabiane ręcznie a nie z mrożonki. U nas niestety to rzadkość, a szkoda.

Czas na finanse. Danie (mule+frytki+piwo) kosztuje w okolicach 25 euro. Butelka wina od 15 euro.

W knajpkach w Brukseli oprócz tony turystów spotkać można całą gamę polityków, to własnie w nich knują i kombinują oni w celach rozbiórki Europy Zjednoczonej na części lub coś całkowicie przeciwnego. Następuje to później w budynkach Parlamentu, w którym, oprócz obrad, odbywają się także rauty, spotkania i różnego rodzaju lobbowania.

Podczas jednej z moich wizyt w Brukseli miałem okazję uczestniczyć w imprezie, mającej na celu przedstawić Wrocław jako doskonałe miejsce na (de)organizację Expo 2012. W końcu, jak wiemy, dupa blada z tego wyszła, niemniej jednak krótkie przemówienie ówczesnego przewodniczącego palamentu europejskiego Hans-Gert Pöttering'a nadała imprezie znaczący charakter. Był wtedy też obecny przewodniczący - Jerzy Buzek.(Gratulacje)

Podsłuchiwałem różne rozmowy racząc się lampkami wina - jedną za drugą. Będąc już na lekkim rauszu zauważyłem gwiazdę wielkiego ekranu, która sprawnie wpakowała się w tłum gości. Ricardo Henry Czarnecki nawiedził imprezę. Długo się nie zastanawiając wpakowałem mój aparat foto w odpowiednie ręce i z rozanieloną miną rzuciłem się w stronę euro(p)osła. Nie omieszkałem powiedzieć kilku cudownych bzdur dotyczących jego osoby, błyskotliwości umysłu i ultragenialnym blogu politycznym, którego jestem "oszywiście" stałym czytelnikiem. Widziałem, że połechatane ego umożliwi mi zrobienie sobie wspólnej foty na której niestety nie załapała się w całości tytułowa piramidka z dłoni.

Henry

Nie mam pojęcia dlaczego niektórzy ludzie, a w szczególnosci politycy uprawiają ten żenujący spektakl przygotowany przez doradców do spraw wizerunku. Przecież wygląda to idiotycznie. I mam wrażenie, że wszyscy o tym wiedzą.

23:07, pennepesto , belgijskie
Link Komentarze (2) »