Dywagacje okołokonsumpcyjne.
poniedziałek, 15 marca 2010
Smutek i nostalgia.

Właśnie się zorientowałem, że ostatnio nie byłem w żadnej przyzwoitej knajpie. Ups. Poprawka. Byłem, z tym, że to miejsca o których miałem przyjemność napisać kilka słów. Najczęściej miłych. Nie ma sensu więc się powtarzać i bazgrać o tym ponownie.

Nie widzę też zasadniczo sensu pisania o kiepskich stekach, których miałem okazję doświadczyć swym niewątpliwie boskim podniebieniem w knajpach w Krakowie. W szczególności należy tu wspomnieć o Yummi, gdzie zaserwowano mi takie właśnie mikrodanie ...

yummi


lub Taco gdzie polędwica była również niezbyt atrakcyjna ...

taco

Zawitałem znowu do Kijowa, gdzie oprócz Goodmana wstąpiłem także do knajpy wiedeńskiej i restauracji Oliva. Oczywiście było spektakularnie. A nawet spektakularnie do kwadratu bo złodzieje kieszonkowi upatrzyli sobie moją skromną osobę do obróbki w okolicach stacji metra Plac Pocztowy. Wchodząc na peronie do zatłoczonego wagonu zastanawiałem się dlaczego te dwie czy trzy osoby tak się na mnie pchają. Chamstwo normalnie. Wychodząc na następnej stacji już wiedziałem. Mój portfel zmienił właściciela. Poszło się kilka stów, karty kredytowe, bankomatowe, dowód osobisty i kilka mniej ważnych dokumentów. Szczęście w nieszczęściu paszport miałem w innej kieszeni dzięki czemu wylot, który miałem zaplanowany na dzień następny nie stanął pod przysłowiowym znakiem zapytania.

Po rujnujących rachunek telefoniczny rozmowach z bankami w celu zastrzeżenia kart nie pozostało mi nic innego jak udać się do knajpy w celu ustrzelenia kilku browarów. Oczywiście całkowity brak kasy absolutnie mi w tej sytuacji nie przeszkadzał. Wybrałem się do ArtClub 44 przy głównej ulicy Kijowa. Na szczęście kilka znajomych osób podreperowało mój wątły budżet, dzięki czemu parę kufli Białych Niefiltrowanych takich jak to poniższe umiliły mi lekko zdekompletowany psychicznie wieczór.

bile

Jedno jest pewne. Nie należy być niczego pewnym. A już w szczególności tego, że pilnuje się swojego portfela wystarczająco dobrze. Z drugiej strony muszę przyznać, że pierwsze kilka dni po powrocie, z plikiem banknotów w kieszeni, bez dokumentów i kart ma swój klimat. Nie wiem dokładnie z czego to wynika, ale jest fajnie nie mieć problemów typu - zapłacić kartą tego banku czy tamtego, a może użyć kredytówki i odroczyć sobie nieco płatność, itd itp. Płacisz zawsze gotówką i wszystko jest proste.

Może tak powinno być zawsze? Rozważam to.

poniedziałek, 08 lutego 2010
Zaginiony Stek. Część 4. Zaskoczenie.

Zasadniczo sprawę steków uznałem za zakończoną. Na wszelki wypadek będąc kilka dni temu w Kijowie zawitałem ponownie do goodmana w celach wiadomych, a raczej po to, aby kolejny raz upewnić się, że tamtejsze steki są niedoścignionymi wzorami dla szefów kuchni wszelakiej.

Oprócz tego, że jeżdżę tu i tam, zdarza się, że mam różnej maści zagramanicznych korpogości, z którymi po kilku godzinach rozmów wypada skoczyć coś wrzucić na ruszt. Rozmowy owe nie należą do najłatwiejszych, także obowiązkowym elementem konsumpcji musi być browar. Musiałem więc poszukać knajpy, która spełnia następujące wymagania: jest blisko hotelu w którym noclegujemy naszych gości (czyli okolice Jana Pawła), jest wystarczająco wypasiona konsumpcyjnie (ale bez przesady z cenami) i oczywiście dają browary.

Korpogoście z krajów byłych demoludów, z którymi spotkam się najczęściej, mają cechę, która nieustająco mnie zadziwia. Mówię tutaj o chęci prowadzenia rozmów biznesowych czy później negocjacji w sposób daleki od klasycznej ekonomii Adam Smith'a. Określenie "Wszyscy wygrywają" jest im w większości obce, bardziej interesująca jest z ich punktu widzenia próba zaskoczenia, przechytrzenia i zdobycia jak najwięcej dla siebie. Innymi słowy - to chęć nie tyle dążenia do wspólnego celu, wyniku z którego wszyscy uczestnicy są zadowoleni, to raczej próba zrobienia partnera biznesowego w balona. Innym zjawiskiem jest strach przed ujawnianiem swoich dokonań i nieudolna próba ukrywania porażek. A dzielenie się swoim doświadczeniem związanym właśnie z porażkami w biznesie lub w prowadzeniu projektów opartych o internet uważam za niezwykle inspirujące. Takim rozmowom zdecydowanie lepiej sprzyja nieformalna atmosfera dobrej konsumpcji.

Zupełnie przypadkowo postanowiłem zaryzykować i zaprosić gości do T.G.I. Friday's. Byłem już tam oczywiście. Raz w Kijowie kiedyś, dawno ale nie była to wizyta zasługująca na szczególną uwagę. Raz byłem we Wrocławiu - co z kolei skończyło się poważną niestrawnością. Tak, więc zaproszenie do gości do tej sieci knajp w Wawie wiązało się jednak z pewnym ryzykiem. Nie miałem ochoty więcej szukać, taka jest prawda - smutna i prawdziwa.

Dokonałem tam następującej degustacji:

stekfridays


Stek model New York, średniowysmażony, w sosie musztardowym. Do tego ziemniak i pieczarki w panierce. Całość, podaną na gorącym talerzu, dopełniało piwo marki Żywiec.

Powiem krótko i treściwie - byłem mile zaskoczony. Stek był doskonale wypieczony i smaczny. I pomimo dość wysokiej ceny - za całość około 70 zl - polecam zdecydowanie. A jako, że jutro znowu przyjeżdżają koeljni korpogoście - nie pozostaje mi nic innego jak pojawić się we Friday's ponownie, by sprawdzić czy to nie był jednorazowy wybryk szefa kuchni.

piątek, 22 stycznia 2010
Japoński lanczyk.

Niezbyt często ostatnio, ale jednak zdarza mi się skoczyć coś posuszyć. Jak już wspominałem wcześniej doskonałym miejscem na lanczyk japoński jest Moskwa gdzie można uraczyć się małym co nieco w następującej postaci:

sushi moscow

lub też skoczyć do Kijowa gdzie taki wynalazek można trafić:

sushi kiev

I prawdę mówiąc wszędzie smakuje podobnie. NIe ma znaczenia gdzie się pojedzie, przyzwoicie przygotowane sushi smakuje tak samo.

Przynajmniej teoretycznie i przynajmniej wtedy gdy mówimy o szybkim żarciu a nie wypasionej jaopońskiej kolacji na której serwowane są wypasione wynalazki. Nie, teraz mówimy o nieduzym daniu mającym zaspokoić wstępny głód w sposób minimalnie wyszukany.

Kiedyś wpadałem do 77Sushi na Żelaznej w Wawie. Ale ostatnio postanowiłem obadać w miarę świeżą knajpę na Wiatraku (Rondo Wiatraczna) o wdzięcznej nazwie Satori.

Oczywiście looknięcie na menu:

satori menu

Wybór Padł na nieskomplikowany zestaw lunchowy składający się z miso i zestawu. Dodatkowo w ruch poszła mineralna i hebrata.

miso satori

satori lunch

Nie komplikując tej notki specjalnie było nieźle. Cena za lunch około 30 zł i całkiem przyzwoicie smakowało. Pamiętać należy, że to lancz więc nie ma się co napinać z poszukiwaniem wyszukanego smaku.

Tagi: lunch
11:02, pennepesto , japońskie
Link Komentarze (2) »