Dywagacje okołokonsumpcyjne.
sobota, 07 sierpnia 2010
Leniuch i Kafka.

Jest kilka takich miejsc do których lubię wracać. Nie dlatego, że jest w nich wybitna atmosfera, rewelacyjna kuchnia, przyjemne portfelowi ceny. Lubię do nich wracać bo mają dobrą miejscówkę. Centrum miasta, lecz w miarę cicho a wokół mnóstwo dodatkowych atrakcji.

W Wawce taką knajpą jest Cafe Kafka na Oboźnej 3. Tak, nie rzuca na kolana, lecz rzut oszczepem na Uniwerek, skąd od czasu do czasu podąża Pewna Młoda Dama, a także pobliże parku wraz z całkiem przyjemnych placem zabaw do perfekcji opanowany już przez Młodego Gentlemana, stanowią atuty nie do przebicia. A, że nie wspomnę o niedalekim BUWie gdzie walnąć można się na trawie bądź skoczyć na Paulanera do Hulakula wrzucając po drodze niewyrośniętą młodzież na kolejny, tym razem płatny plac zabaw.

No dobra. Gdyby żarcie w Kafce nie nadawało się do jedzenia pewnie nigdy bym tu nigdy nie wrócił. Ale zacząć należy od tego co jest zdecydowanie najlepsze. Kawa. Latte. Mniam.

kawa kafka

Do tego można zamówić dodatkowe atrakcje kulinarne. Osobiście zwykle atakuję podgrzewaną kanapkę z szynką parmeńską. Może nie jest to danie wybitne - ale skutecznie zapycha.

W przypadku chęci na coś lżejszego można uderzyć w sałatkę z kurczakiem.

kafka sałatka

Na fotce wygląda to zdecydowanie lepiej niż smakuje. No chyba, że był mały pech i jedynie przypadkowo kurczak w sałatce był jakiś wysuszony.

Można też penne w sosie pesto.

kafka pesto

Pamiętając smak penne pesto z Vapiano nietrudno zgadnąć, że to w Kafce jest zdecydowanie słabsze, choć tragedii nie ma.

Cenowo również nie ma przegięcia. Kawa ok 10zł. Dania - 10 do 30 zł.

Przy sprzyjającej pogodzie można zasiąść w rozkładanym leżaku również poza knajpą na pobliskim pagórku. A to niewątpliwie dodaje Kafce uroku.

 

niedziela, 01 sierpnia 2010
Zielony. Johnny Walker. Green Label.

Generalnie do Jaśków Wędrowniczków podchodzę sceptycznie. Nigdy nie urzekały mnie smakiem, bukietem czy delikatnie wyczuwalną nutką czegośtam ;-). Ot flaszka do kupienia w każdym sklepie. Szczerze mówiąc czerwony nigdy mi nie podchodził. Czarny miał kilka interesujących występów choć nie potrafię sobie przypomnieć ,kiedy ostatni raz go piłem.

Mimo wszystko postanowiłem dać szansę Jaśkowi Zielonemu.

Walker Green

Zielony nie jest typową mieszanką whisky. Jest oczwyiście "blended" ale nie z pierdyliarda gorzelni z całej Szkocji i ale starannie wyselekcjonowanych czterech, przynajmniej piętnastoletnich, single maltów.

Green Label mówiąc najprościej i najkrócej jest zdecydowanie przednim alkoholem. Moim zdaniem spokojnie przebija o wiele droższą wersję Gold Label - ale to historia na osobną notkę. Zdecydowanie polecam na wieczorne nasiadówy w sympatycznym gronie i do tego koniecznie na świeżym powietrzu po sutej kolacji. Mniam.

00:37, pennepesto , whisky
Link Komentarze (2) »
piątek, 30 lipca 2010
Farewell to steak.

No i się skończyło. Finito. Null. Generalnie klapa. Zarządzam przerwę miesięczną w konsumpcji ciężkich mięs wszelakich. Przechodzę na dietę lekkostrawną i w ogóle czas na zmianę kuchni bo ten blog zacznie mieć coraz mniej wspólnego z tytułowymi daniami typu Penne Pesto.

I nie żebym tak sam z siebie na to wpadł. Co to, to nie. Normalnie zwyczajnie dokonałem operacji wycięcia pęcherzyka żółciowego, a to oznacza nie mniej ni więcej a rezygnację ze wszystkiego co ciężkostrawne.

Hmm, no ale żeby nie było tak całkiem smutno to na koniec serii steakowej kilka słów o 2 miejscach w Wawie, które niedawno odkryłem.

Pierwsze z nich znalazłem przez Gastronautów - Grill House Asado na Kredytowej 4.  Usłyszałem kilka ochów i achów na temat tej niewielkiej knajpy, a w szczególności historie o steakach z argentyńskiej wołowiny, więc postanowiłem tam wstąpić. Raz wpadłem kontrolnie w ciągu dnia koło 16 to dowiedziałem, że na steki trzeba przyjść od 18. Niedawno wstąpiłem tam około 19tej (wracając z Zachęty - a jak, odchamiam się czasami - kontrolnie, wraz z Młodą Damą) - tym razem znudzona życiem kelnerka powiedziała mi, że nie wie kiedy będzie kucharz i może później przyjdzie i coś zrobi. Generalnie szlag mnie trafił i powiedziałem sobie, że mam ich kompletnie w nosie i nie zamierzam tam wracać. Mówiąc krótko - dupa blada - ale wkurzam się jak knajpa niemalże robi mi łachę, że w niej coś ewentualnie podadzą do jedzenia i niewiadomych porach. Kij im w oko.

Niedalej jednak jak kilka tygodni temu przechadzając się z Pewnym Młodym Gentlemanem po Wawce i zwiedzając wszystkie dostępne Smyki w poszukiwaniu kolejnej figurki do kolekcji Ben10 usiedliśmy, nieco przypadkiem, na Brackiej w Magazynie Butelek.

No skoro już usiedliśmy to wypadało rzucić okiem na menu.

magazynmenu

 

Wiele się nie zastanawiając zamówiłem steak i Urquella. O ile browar ten jaki jest każdy wie to nie każdy wie jak wygląda dobry kawał mięcha.

Dla przypomnienia - Filet Mignon z Goodmana.

mignon

 

Skoro już wiadomo jak kształtuje się wzorzec należy porównać powyższe ze stekiem z Magazynu Butelek.

Oto i on:

magazyn steak

Przyznać trzeba, że wygląda całkiem dobrze. Mało tego w smaku również nieczego sobie. Doskonale średnio-wysmażony, delikatny i rozpływający się w ustach - i to jest właśnie to co tygrysy itd. Ze spokojnym sumieniem mogę go polecić wszystkim wielbicielom zdrowego kawałka mięsa.

Zapomniałbym o finansach. Nie pamiętam szczegółów całego rachunku, ale trzeba brać pod uwagę wydatek rzędu 70 zł biorąc pod uwagę że sam steak kosztuje 48.

PS. No dobra mam kilka zaległych fotek steków z Wawy i Wrocka. Jak będzie mnie ssało a i chciaca na kawał mięcha nie odpuści to sobie chociaż notkę nabazgrzę. Chlip. Chlip.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15