Dywagacje okołokonsumpcyjne.
środa, 08 lipca 2009
Rzut serbskim mięchem w Kosowo.

W połowie ubiegłego roku mój przyjaciel zdradził mi swój nowy pomysł na biznes. Usłyszałem: "Otwieram w Warszawie knajpę z żarciem serbskim". Moje wieloletnie doświadczenie w dyplomacji skierowało myśli na właściwe tory. "Jaką k***a kuchnią? serbską? poj***ło?  ale o so chodzi?" - spytałem nieśmiało. Wtedy się nie dowiedziałem.

Trzy miesiące temu zaskoczyło mnie nieco telefoniczne zaproszenie do Złotych Portasów. Pomysł z knajpą był szurnięty, ale - jak się okazało - został zrealizowany. Zadowolony z pojawienia się obiadowego sponsora, udałem się do restauracji Konoba (poziom -1).

Od tego czasu kelnerzy już mnie tam znają. Chyba mogę powiedzieć o sobie "bywalec" a i moja wiedza na temat kuchni serbskiej znacznie się poszerzyła.

Jednym z moich ulubionych dań jest Gurmańska Plijeskavica.

Gurmanska Plijeskavica

W zasadzie wygląda to jak wielki kawał kotleta mielonego z czymś jasnoplamistym, niewiadomo czym. Jak się dowiedziałem, mięso nie jest mielone tylko siekane a dodatki cebuli, sera oraz przeróżnych ziół (mieszanka stanowi tajemnicę szefa kuchni - Serba oczywiście) powoduje, że smakowo ten przecudny kawał mięcha powala na kolana. Dodatki w postaci sosów: łagodnego i pikantnego oraz twarogu z ziołami plus cebula (że o piwie nie wspomnę) - tworzą niezapomniane wrażenie, szczególnie na takim mięsnym obżartuchu jak ja.

(Małe podsumowanie finansowe: danie 30zl + piwo 8zl. Rachunek: 38zl)

Pałaszując powyższe, wdałem się w rozmowę z współwłaścicielem tego przybytku rozpusty kulinarnej - Serbem mieszkającym od wielu lat w Polsce. Interesowało mnie "o so chodzi?" w Kosowie. Czemu Serbowie są na to Kosowo tacy cięci a Albańczyków najchętniej by powyżynali tępymi nożami? Przynajmniej tak w największym skrócie wyglądają informacje, którymi karmi nas tv.

W odpowiedzi otrzymałem taką historię:

Wyobraźmy sobie, że 50 lat temu pod Krakowem osiedla się grupa Czechów. Jest milo i sympatycznie. Oni się rozmnażają, jest ich więcej i więcej. Zasadniczo nam to nie przeszkadza bo niby dlaczego? Jesteśmy gościnni a Kraków to piękne, historyczne miasto - niech Czesi mieszkają i powiększają tutejsze PKB. Na zdrowie. Mija 50 lat. Czechów w Krakowie jest od cholery i do tego twierdzą, źe w zasadzie całe małopolskie to historycznie należy do nich i zupełnie nie kumają, o co nam, Polakom chodzi bo przecież nawet Smok Wawelski urodził się w Pradze. Czesi w ten sposób doprowadzają do stworzenia nowego państwa a nas w tym momencie szlag trafia i z przyjemnością byśmy komuś coś obcięli.

Byłem zaskoczony tym, jak bardzo opowieść kogoś, kto mieszkał w Serbii, regularnie ją odwiedza i jest mentalnie zaangażowany w jej sprawy, różni się od obrazu znanego mi z telewizyjnych relacji. Nie mnie rozstrzygać, które stanowisko jest słuszne - zapewne żadnego z nich nie można przyjmować bezkrytycznie. Niezależnie od tego jestem pewien, że poznawanie narodowych kuchni z różnych stron świata może być nie tylko odkrywaniem nowych smaków, ale i nowych punktów widzenia.

23:19, pennepesto , serbskie
Link Dodaj komentarz »
Nie lubię gotować.

Nie lubię gotować. Wolę, kiedy robią to inni. Nie znam się na tym, nie chcę znać i mam 3 tony zajęć pozalekcyjnych, które sprawiają, że gotowanie jest z założenia stratą czasu. Z bólem serca nastawiam garnek na gaz (tfu, palnik elektryczny miało być), aby ugotować zakupione w osiedlowym sklepie pierogi lub inne pyzy z mięsem.

A prawdę mówiąc, na szczęście, nie muszę gotować. W końcu poranek w korpo wita mnie uśmiechniętym od ucha do ucha Panem Kanapką, popołudnie uśmiechniętym Panem z pobliskiej jadłodajni, gdzie raczę się mniej lub bardziej wyszukanym obiadem. Znaczy tym, no …. lunchem - chciałem powiedzieć - w końcu w Wawce je się lunch, nawet jeżeli nie składa się on z sushi tylko zupy ogórkowej, schabowego z ziemniakami oraz kompotu z czerwonej porzeczki.

Jedynym posiłkiem, jaki przygotowuję w domu jest kolacja a raczej parodia kolacji czyli kanapki z szynką i serem żółtym - danie proste i możliwe do przygotowania w przerwie reklamowej w trakcie emisji Doktora House'a. Kiedyś myślałem, że skoro mam 2 posiłki dziennie z głowy to nie ma żadnych przeciwwskazań, aby również kolacja była produkowana bez mojego udziału. Gdy leń dopadał mnie w sposób makabryczny, kupowałem zapasową kanapkę rano u Pana Kanapki. Teoretycznie mogłem ją spokojnie wciągnąć ze smakiem na kolację. Patent ten jednak poległ w zderzeniu z rzeczywistością. Całodzienna kanapka, nawet najpiękniej i najszczelniej opakowana, jest mało interesująca smakowo w okolicach wieczornych. No sorry. Kanapka kolacyjna musi być w miarę świeża, żeby nie było nocnych dramatów.

Mówiąc krótko - jem "na mieście". Choć to momentami powala mój portfel na kolana i dostaję zawału serca po otrzymaniu rachunku - jestem dzielny - przecież nie będę oszczędzał na jedzeniu :) .

To co pojawi się wkrótce to opis moich subiektywnych doznań związanych z pałaszowaniem dań wszelakich, w miejscach różnych, przy różnych okazjach, takim lub innym doborowym towarzystwie.

1 ... 11 , 12 , 13 , 14 , 15