Dywagacje okołokonsumpcyjne.
środa, 30 września 2009
Lucky Victim Of Circumstances.

Dzisiaj minął ostatni dzień pracy w starym korpo. Spędziłem tu prawie 5 lat, a licząc lata poprzedniej współpracy, knułem tu prawie 8. Dobrze mi, lecz poczułem wewnętrzną potrzebę Zmiany, a zbiegi okoliczności i wydarzenia życiowe wyraźnie owej Zmianie sprzyjały.

Rozpocząć należałoby od tego, że dojazdy z Mokotowa do korpo w centrum zaczynały mnie powoli nużyć. Niewątpliwie, również coraz częstsze spotkania z Młodą Damą i Pewnym Młodym Gentlemanem powodowały, że częściej zacząłem przebywać po prawej stronie Wisły. Spędzanie czasu w autobusach ma swoje plusy, ze względu na możliwość posłuchania muzyki lub zanurzenia się w ciekawej lekturze, ale po jakimś czasie zaczyna wkurzać. Zacząłem więc myśleć o przeprowadzce na Pragie.

W tym czasie pomyślałem takźe, że fajnie byłoby porobić coś nowego, ciekawego, coś co spowoduje, że znów zapali mi się lampka radochy z brania udziału w projektach, która to lampka aktualnie pali się ledwo małym płomyczkiem. Kilka dni później zadzwonił telefon. Jakaś Pani z HR z innego korpo zaproponowała mi spotkanie w sprawie pracy. Pojechałem na spotkanie. Na Pragę. Później jeszcze na kilka spotkań.

Szczęście w nieszczęściu - mój dobry kumpel stracił pracę i postanowił wrócić do Wrocławia, oczywiście wyprowadzając się z sympatycznego mieszkanka na Saskiej Kępie. Miesiąc później zostałem tam nowym lokatorem. Potencjalne nowe korpo jest kilka przystanków stąd. Młoda Dama również, dość niespodziewanie, zmieniła pracę na korpo mieszczące się na Pradze, co zdecydowanie ułatwia nam wspólne funkcjonowanie w rzeczywistości niewirtualnej.

Może przesadzam, ale wszystkie powyższe elementy, wszelkie przypadkowe lub niekoniecznie okoliczności spowodowały, że postanowiłem się absolutnie nie przeciwstawiać pewnemu "flow" które jako całość złożyły się na decyzję o Zmianie.

Powiadomiłem o decyzji swojego szefa w odpowiednich okolicznościach przyrody, czyli w sympatycznej knajpie Zielona Oliwka przy ul. Twardej w Warszawie. Zjadłem wtedy niewielki półmisek Muli po burgundzku, które natychmiast przypomniały mi o doskonałej kuchni belgijskiej i kilkakrotnie konsumowanych tam podobnych daniach. (Parę słów na ten temat zawiera notka - Piramidka Henry'ego.) Niestety zapomniałem zrobić wtedy odpowiednie foty, dlatego wybrałem się ponownie do Oliwki w okolicach lanczowych, gdzie do wyboru były tym razem 3 dania:

Wybrałem opcję I. Kalafiorowa była bez zastrzeżeń. Ratatuja również niczego sobie - jak widać.

Oczywiście porcje, jak to zwykle bywa w przypadku lanczu, nie są specjalnie duże, ale starannie przygotowane i dobrze podane. No, prawie dobrze, nie licząc lekko obtłuczonego talerza i nieco śniętej obsługi, która w godzinach 12-15 powinna zasuwać po knajpie jak małe samochodziki. Cena moim zdaniem minimalnie za wysoka - 24,90 peelenów.

Niemniej jednak, wpadnę tam jeszcze. Muszę sprobować czegoś sensownego z karty.

niedziela, 27 września 2009
Rzucam mięchem po francusku.

No nie lubię. Nie lubię pisać źle o knajpach. Nie lubię źle jeść. Nie lubię pomniejszać napiwku przy wyjsciu tłumacząc sobie "bo niby dlaczego miałbym go dać!?". Postanowiłem, że powstanie nowa kategoria: "cienki miś". Znajdą się tu minirecenzje knajp w których było słabo, ale postanowiłem dać im jeszcze jedną szansę zanim zmienię kategorię na "dramat".

Od miesiąca Saska Kępa stała się moim nowym miejscem zamieszkania. Nie miałem specjalnie czasu na rekonesans, ale dzisiaj postanowiłem wybrać się w poszukiwaniu dowolnej knajpy, w której zostanie zaserwowany soczysty kawał mięcha.

Poszukiwania rozpocząłem na początku ulicy Francuskiej. Już na rogu ze Zwycięską stoi Bar Efes do którego zawsze warto wstąpić na kebsa. Ale nie dzisiaj. Dzisiaj spacer przywiódł mnie do restauracji "Na Francuskiej" (dokładny adres to Berezyńska 26). Szybki ogląd menu i równie szybka decyzja doprowadziła mnie do stolika na świeżym powietrzu, gdzie dokonałem zamówienia grillowanej polędwicy średniowysmażonej w sosie pieprzowym z kaparami plus ziemniaczki gotowane. Całość prezentuje się następująco:

poledwica

Przyznać trzeba, że nie jest to porcja dla głodomora. Przyzwoicie się prezentuje, więc łapie za nóż i ... coś nie gra. Aby odciąć nieduży kawał mięcha staczam miniwalkę (z sukcesem) z twardą skorupą polędwicy. Kęs .... i pierwsze słowa które wymówiłem rozwiewają wątpliwości: dramat, kur...cze. Szczerze mówiąc byłem piekelnie głodny i padnięty ogólnie, głównie dzięki Pewnemu Młodemu Gentlemanowi, który zasłużył sobie dzisiaj w pełni na jednodniowy status Małego Terrorysty. Wracając do polędwicy była twarda, łykowata i słabo przyprawiona. Praktycznie nie mam pojęcia dlaczego kosztowała 39 papierowych biletów Narodowego Banku, bo powinna być rozdawana za darmo lub z dopłatą.

Niemniej jednak, ze względu na to, iż zamówione przez Młodą Damę - tagiatelle ze szpinakiem i serem pleśniowym, nie tylko wyglądało rozsądnie, ale i smakowało w miarę - wrzucam knajpę na "Na Francuskiej" do teczki "cienki miś". Wpadnę tam jeszcze zbadać czy się nie pomyliłem.

Oraz dodam - Merde, bo w końcu miałem rzucić mięchem.

piątek, 25 września 2009
Obiad Lorda Vadera.

W lipcu miałem okazję wybrać się nad przecudnej urody polskie morze. Nieco wynurzeń na ten temat znalazło się w notce Nikt się nie spodziewa hiszpańskiej inkwizycji. W celu teleportacji na północ wykorzystany został ciapąg typu PKP model InterCity. Ciapągi bywają różne, ten jednak należał do serii bardziej wypasionych, czystych i w ogóle z przyjemnością odbywałem w nim podróż w towarzystwie Młodej Damy oraz Pewnego Młodego Gentlemana.

Jako, że podróż trwała ponad pięć gadzin, należało ją sobie uprzyjemnić wrzuceniem "na ruszt" małego co nieco. Pod oknem leżała kolorowa ulotka z menu miejscowego przybytku konsumpcji wszelakiej. Dania wyglądały zachęcająco, ceny nie powalały, a potencjalna możliwość zamówienia do przedziału wywołała leniwy uśmiech na mojej twarzy. Nerwowo szukałem numeru telefonu, jakiegoś interkomu - cokolwiek, co pozwoliłoby mi bez ruszania się z góry zajętych pozycji coś zamówić. Fail, porażka, no nie było wyjścia - wybrałem się na spacer do Restauracji (Star) Wars mieszczący się jakieś 4 wagony dalej.

Wycieczka była nieszkodliwa dla zdrowia, obsługa miła, przyjazna i z radością oraz optymizmem przyjęła moje skomplikowane zamówienie na polędwiczki w sosie pieprzowym und salatken z czegośtam und ziemniaczki, pierogi z kapustą oraz ser camembert z żurawiną.

Oczywiście jak Panisko poprosiłem, aby zapodano całość do wagonu o numerze takim a siakim, miejsca takie a nie inne. Po około 15 minutach, z drżącymi rękami, zjawiła się w drzwiach przedziału miła kelnerka z plastikowymi talerzykami zawierającymi zamówienie.

poledwiczki wars

Ze względu na to, że ajfon nie radzi sobie specjalnie ze zdjęciami w ruchu i trżęsawce pociągowej, jedyną fotką nadającą się do publikacji są owe polędwiczki.

Nie wyglądają zbyt zachęcająco i szczerze mowiąc są takie sobie, no ... ale w przypadku głodu pociągowego nie ma co wybrzydzać. Osobiście polecam Camembert w panierce z żurawiną - zdecydowanie najlepiej smakował. Poza tym w porównaniu z obrzydliwymi daniami które serwuje Wars model Bar - model Restauracyjny to klasa sama dla siebie i absolutne mistrzostwo świata ;-)

(Za całość tej star-warsowej konsumpcji zapłaciłem coś koło 55 zł.)

 
1 , 2