Dywagacje okołokonsumpcyjne.
wtorek, 28 lipca 2009
Napiwek albo śmierć.

O świcie 1 stycznia tego roku, będąc na lekkim - no dobra niech będzie, że sporym - kacu zapisałem sobie 3 postanowienia na rok 2009. Jednym z nich był wyjazd do Nowego Jorku na zakupy. Nie przykładam zwykle wagi do postalkoholowych postanowień, bo przypomina mi to czasami słynne licealne leżenie z głową w muszli klozetowej i oddając z siebie wszystko co było można i obiecywanie sobie: Nie będę więcej pił tego czy tamtego (każdy może tu wpisać dowolny trunek lub ich zestaw).

Nie da się jednak ukryć, że dzięki zbiegowi okoliczności w maju spędziłem 10 dni w Nowym Jorku zajmując się głównie zwiedzaniem, zakupami, jedzeniem i chłonięciem atmosfery miasta, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie.

Jako miłośnik konsumpcji wszelakiej starałem się urozmaicać codziennie menu, którego zwieńczeniem było sushi serwowane w Aoki Restaurant na 48 ulicy tuż przy Times Square.

sushi nyc

Jak to zwykle bywa w knajpach japońskich, samo danie nie jest zbyt okazałe (mówię o ilości - nie o wyglądzie), lecz biorąc pod uwagę zupę miso na początek i tradycyjną niewielką sałatkę, można być pewnym, że brzuszek po konsumpcji nie będzie domagał się dodatkowych wydatków. Skoro już mowa o finansach, to aby ustrzelić takie danie należy przygotować się na wydatek ok 20 dolców. Teoretycznie.

Tak. Teoretycznie, ponieważ cena, która znajduje się w menu w restauracji lub na stronie www ma się jak pięść do oka w zderzeniu z brutalną nowojorską rzeczywistością podatkowo-napiwkową.

Przede wszystkim należy zdać sobie sprawę, że każdy stan w USA ma swój własny podatek od rożnego rodzaju towarów lub usług. W Nowym Jorku trzeba się liczyć kwotą dodatkową w wysokości prawie 15% więcej na rachunku, gdyż tyle właśnie wynosi tu danina stanowa.

Ponadto, znajomy, którego poznałem w USA, Polak mieszkający od kilkunastu lat w Los Angeles, wyjaśnił mi, że w knajpach ludzie zarabiają średnio 1 do 3 dolarów na godzinę. Powiedzmy sobie szczerze - to nie jest kasa pozwalająca się utrzymać. Wszyscy o tym wiedzą, a co za tym idzie, zostawianie sutych napiwków jest sprawą całkowicie normalną. Procentowo wygląda to tak, że jeżeli jest się zadowolonym z konsumpcji napiwek w wysokości 30-35% rachunku to standard. Poniżej 20% oznacza, że jedzienie nie smakowało lub obsługa była kiepska.

Wracając do cen i płatności. Zakładając, że wszystko było spoko, kelnerzy biegali wokół jak w ukropie,  a jedzenie ujęło smakiem i aromatem to łatwo policzyć, że dodając podatek i napiwek powinno się zapłacić dodatkowo 50% tego co znajduje się na liście w menu. W moim przypadku - nie 20 a 30 dolarów.

Warto o tym pamiętać jadąc do Nowego Jorku - brak odpowiedniego napiwku może nas narazić przy ponownej wizycie w tym samym miejscu na jakąś niespodziankę w żarciu. ;-)

środa, 22 lipca 2009
Festiwalowa konsumpcja do piwa. Po Niemiecku.

Tradycyjna korpopanika związana z pytaniem "co by tu dzisiaj opi**dolić na ciepło?!" opisana w notce "Skrzydełko czy nóżka. Dylematy korporacyjne." spotkała się kilka dni temu z problemem konsumpcyjnym, który dopadł mnie na Amphi Festival 2009 w Kolonii. (Kilka słów o tym feście w notce "Gotycko-Industrialna Kolonia w Warszawie".) Poniżej - 3 szybkie dania do zapodania sobie przed i w trakcie koncertów.

1. Śniadanie w Merzenich.

Kawa i kanapka

Kanapka z kotletem. A jeszcze lepiej 2 kanapki (każda w cenie 2,50 Euro) oraz kawka Latte Macchiato (2,30 Euro). Nie rzuca może smakiem na kolana, ale daje solidną podstawę do pierwszego koncertowego piwa.

2. Placki ziemniaczane.

placki

Mam jakąś traumę z dzieciństwa jak słyszę o plackach ziemniaczanych. Jednak w tym wypadku 3 placki świeżo "moczone" w oleju, który wyglądał na taki, co ma raczej pól dnia, a nie pół roku doprowadziły moje kubki smakowe do stanu, który możemy uznać za całkiem przyjemny. Szczególnie, że za cenę ok. 3 Euro otrzymujemy kolejny przyzwoity podkład pod następne piwo.

3. Zakąska makaronowa.

Na nieco większy głód przed finalną partią koncertów warto wrzucić makaronik. Nadaje się też na kaca-potwora. Mamy do wyboru dwie wersje - z kurczakiem (5 euro) i wegetariańska (4,5 Euro). Obie w sosie słodko-kwaśnym.  Powiedzmy sobie szczerze - szczyt kulinarnych możliwości to to nie jest - ale niezbyt często zdarza się, aby na festiwalach muzycznych podawano coś wyrafinowanego. W końcu to tylko fastfood, z tym, że jakiś taki bardziej zjadliwy.

Nie zrobiłem fotki piwa, lecz Gaffel Kolsch całkiem daje radę.

Tagi: lunch
00:49, pennepesto , niemieckie
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 lipca 2009
Piramidka Henry

Pierwszy raz odwiedziłem Brukselę w 1997 roku w drodze na Dour Festival. The Sisters Of Mercy, Front 242, Type O Negative, Project Pitchfork - miodnie było, aż łezka się w oku kręci. Kupiłem wtedy moją ulubioną skórzaną kurtkę, chodzę w niej jeszcze czasami i pewnie nadal będę ją przyodziewał - no chyba, że się rozpadnie, na co na szczęście się nie zanosi.

Tam też miałem okazję posilić się pierwszy raz w życiu gotowanymi ślimakami winniczkami. Facet sprzedawał je po 13 sztuk na ulicy tak jak w Krakowie sprzedaje się precle. Były bombowe. Mam też słabość do belgijskiego piwa o wdzięcznej nazwie Duvel. Jest w małych, beczułkowatych butelkach 0,33 litra (takich jak browar w Polsce za ciężkiej komuny). Warto dodać, że to piękne w kolorze jasne piwo posiada 8,5% alkoholu i jest absolutnym killerem w większych ilościach.

Niedaleko miejscowego rynku zwanego Grand Place znajduje się trzy miliony knajpek z których w 99% znajdziemy owoce morza. Niewątpliwie numerem 1 w serwowanych daniach są mule lub jak kto woli małże. Danie wygląda następująco:

Mule

Jak widać na załączonej rycinie to normalny garnek wypełniony po brzegi ugotowanymi mulami z dodatkim jakieś zieleniny i ziół. Moim zdaniem - rewelacja - strawa godna każdego przyzwoitego leniucha konsumpcyjnego. Obowiązkowo należy do tego zamówić jakiś boski napój - zarówno piwo jak i białe wino półwytrwane doskonale konweniują z tym daniem. W moim przypadku padło na złoty napój miejscowej produkcji - Maes. Ach, no i zapomniałbym - do muli otrzymamy także frytki, specjalnie krzywo cięte, aby nie było wątpliwośći, że są obrabiane ręcznie a nie z mrożonki. U nas niestety to rzadkość, a szkoda.

Czas na finanse. Danie (mule+frytki+piwo) kosztuje w okolicach 25 euro. Butelka wina od 15 euro.

W knajpkach w Brukseli oprócz tony turystów spotkać można całą gamę polityków, to własnie w nich knują i kombinują oni w celach rozbiórki Europy Zjednoczonej na części lub coś całkowicie przeciwnego. Następuje to później w budynkach Parlamentu, w którym, oprócz obrad, odbywają się także rauty, spotkania i różnego rodzaju lobbowania.

Podczas jednej z moich wizyt w Brukseli miałem okazję uczestniczyć w imprezie, mającej na celu przedstawić Wrocław jako doskonałe miejsce na (de)organizację Expo 2012. W końcu, jak wiemy, dupa blada z tego wyszła, niemniej jednak krótkie przemówienie ówczesnego przewodniczącego palamentu europejskiego Hans-Gert Pöttering'a nadała imprezie znaczący charakter. Był wtedy też obecny przewodniczący - Jerzy Buzek.(Gratulacje)

Podsłuchiwałem różne rozmowy racząc się lampkami wina - jedną za drugą. Będąc już na lekkim rauszu zauważyłem gwiazdę wielkiego ekranu, która sprawnie wpakowała się w tłum gości. Ricardo Henry Czarnecki nawiedził imprezę. Długo się nie zastanawiając wpakowałem mój aparat foto w odpowiednie ręce i z rozanieloną miną rzuciłem się w stronę euro(p)osła. Nie omieszkałem powiedzieć kilku cudownych bzdur dotyczących jego osoby, błyskotliwości umysłu i ultragenialnym blogu politycznym, którego jestem "oszywiście" stałym czytelnikiem. Widziałem, że połechatane ego umożliwi mi zrobienie sobie wspólnej foty na której niestety nie załapała się w całości tytułowa piramidka z dłoni.

Henry

Nie mam pojęcia dlaczego niektórzy ludzie, a w szczególnosci politycy uprawiają ten żenujący spektakl przygotowany przez doradców do spraw wizerunku. Przecież wygląda to idiotycznie. I mam wrażenie, że wszyscy o tym wiedzą.

23:07, pennepesto , belgijskie
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3