Dywagacje okołokonsumpcyjne.
środa, 25 listopada 2009
Zaginiony stek. Część 1. Dobry człowiek.

Dawno, dawno temu, gdy miałem jeszcze ważną wizę biznesową do naszych wschodnich przyjaciół zdarzało mi się wielokrotnie obczajać uroki miasta Moskwą zwanego.

Sprawą powszechnie uznawaną za jasną jest to, iż w mieście owym ludzi jest od cholery, bo w końcu 12 milionów to nie w kij dmuchał, a mówi się, że dodatkowo codziennie dojeżdza do Moskwy w celach zarobkowych kilka milionów dodatkowych osobników. Samochodów ci tu dostatek. Część na sygnale, że niby rządowe, choć podobno kosztuje to 10.000 dolców rocznie i praktycznie każdy może udawać, że jest ważny.

Skoro już mowa o samochodach, to w Moskwie usłyszałem nastepującą anegdotę. Otóż jeden z nowobogackich właścicieli wytwórni wódek wbił się centralnie do nowootwartego salonu Maibacha aby kupić sobie piekną nową brykę. Do wyboru miał model krótszy i dłuższy. Wybrał krótszy, czym wprawił w osłupienie sprzedających, a także prezenterkę telewizyjną, która koniecznie chciała przeprowadzić wywiad z pierwszym włascicielem Maibacha w Rosji. Prezenterka, szczerze zapytała: Ale dlaczego kupił Pan krótszą wersję? Na to ów nowobogacki odpowiedział z równie szczerem ale i lubieżnym uśmiechem: Długiego ... to ja już mam.

Moskwa to, co mnie osobiście zaskoczyło, miejsce w którym narodowym daniem stało się sushi. Wychodząc z biura nie było praktycznie innej opcji. W odległości 200 metrów do wyboru były 2 pizzerie oraz chyba z 10 suszodajni.

Jednak znalazłem w tym mieście knajpę, a w zasadzie zostałem do niej zaproszony przez kumpelę przebywającą wtedy na dłużej w Moscow (tak Gruba, o Tobie mowa) i zarabiającą tam na bardzo przedwczesną emeryturę w dowolnym kraju, byleby w ciepłym. Knajpa owa nosi nazwę Goodman, a więcej szczegółów na jej temat mozna znaleźć na stronie www.goodman.ru.

Goodman to miejsce w którym rządzą steki. I to nie byle jakie. To niewątpliwie najlepsze steki jakie jadłem w życiu. Niestety, po jakimś czasie przestałem jeździć do Moskwy, a to oznaczało jedynie płacz i pożegnanie z bajecznymi kawałkami przepięknie przygotowanego mięsiwa.

Nieoczekiwanie, po zmianie korpo, zacząłem jeździć na wschód ponownie, choć nieco bardziej na południe - do Kijowa (o czym wspominałem w notce Hetman bije piona czy jakoś tak) gdzie moja ulubiona knajpa ma swój miejscowy oddział. Konieczne musiałem sprawdzić czy steki nadal są tak genialne. Szybkie spojrzenie na menu oraz info o tym gdzie krowa ma coś sensownego do jedzenia.

goodman menu

goodman krowa

Wybrałem zestaw ze stekiem model New York (350 gram mięcha).

Na początek sałatka. Nic specjalnego, lecz przyjemnie zaostrzyła apetyt.

goodman salatka

Następnie można było spokojnie przejść do atrakcji wieczoru. New York Steak jak się patrzy i do tego średnio wysmażony.

goodman steak

Prostota tego dania jest genialna w swoim rodzaju. Goodman kolejny raz potwierdził, że w stekach nie mają sobie równej knajpy. No dobrze, przynajmniej ja nie znam konkurenta. Do tego rozpływające się w ustach kawałki wołowiny doskonale komponują się z piwem Hoegardeen lub czerwonym winem.

Pewnie za każdym razem bedąc w Kijowie chętnie zaatakowałbym kolejne porcje, ale ... mój portfel w tajemniczy sposób prosi o powściągliwość. No cóż cały zestaw (i "frytki do tego") z 2 piwami to razem koszt około 500 jednostek miejscowej waluty czyli hrywien, co daje w przeliczeniu jakieś 120-130 zł. Może to nie rzuca na kolana, ale nie nadaje się raczej do codziennego lanczowania. Niemniej jednak z pewnością wpadnę tam kiedyś jeszcze lub być może odwiedzę kolejny oddział Goodmana w ..... eee.... Nowosybirsku albo w Londynie. To drugie chyba jednak bardziej prawdopodobne.

niedziela, 15 listopada 2009
Grzybem i po szerokości.

Lubię Kraków. Nic na to nie poradzę. Raz na jakiś czas fajnie jest skoczyć do Grodu Kraka, aby kopnąć Smoka w tyłek. Oczywiście można również wpaść czasami na koncert do Klubu Studio lub po prostu połazić czy też poimprezować na Kazimierzu - niepotrzebne skreślić.

Tym razem wyjazd do Krakowa odbył się w niewątpliwie doskonałym towarzystwie Pewnej Młodej Damy oraz Pewnego Młodego Gentlemana. Zakwaterowaliśmy się na rogu Estery i Miodowej. Miejsce dla osób kumających klimatyczną topografię - perfekcyjne, gdyż usytuowane rzut oszczepem od Placu Nowego gdzie obowiązkiem jest wciągnąć szybkie, małe danie w postaci zapiekanki z Okrąglaka. Niemalże pod samym mieszkaniem znajdował się także sklep z alkoholami wszelakimi, a przede wszystkim całkiem przyzwoitym wyborem win.

Zaraz po zakwaterowaniu skierowaliśmy swe kroki na ulicę Szeroką znaną ze swoich knajp i restauracji. Ceny tam nie należą do najniższych, ale co tam, przejmować się nie będziemy. Nie było żadnego szczególnego miejsca poleconego mi przez znajomych więc w zasadzie postanowiliśmy wejść do pierwszej knajpy w której w menu przed wejściem zawiera danie potencjalnie mogące stanowić konsupcyjne wyzwanie dla Młodego Gentlemana.

Wybór padł na 4 Pory Roku stanowiącej wraz częścią hotelową miejscówkę pod szumną nazwą Rubinstein Residence. No na bogato, nie da się ukryć - szczegóły - www.rubinstein.pl. W menu był krem grzybowy z niespodzianką. Młody Gentleman oczywiście najbardziej zainteresowany był niespodzianką.

Zanim dokonaliśmy niezbędnej czynności zamówienia, zostałem mile zaskoczony tym co zwykle charakteryzuje dobre restauracje - menu, które ma 3 strony na krzyż i zaledwie kilka dań. To, w moim małym móżdżku, oznacza, że dania które otrzymuję pod nos są świeże, z własnie ubitego kozła ofiarnego lub innego bawołu.

rubinstein menu

Dokonaliśmy zamówienia. Młody Gentleman zażyczył sobie wspomnianą zupę, a w zasadzie krem grzybowy z niespodzianką, którą niestety nie były zwierzątka z Epoki Lodowcowej 3, ani nawet miniatura okrutnego Smoka Wawelskiego, lecz jedynie pasztecik. Zjadłem go osobiście, co było robić.

Przed spektakularnym wjazdem dań głównych, na scenę wkroczyła minizakąska w postaci salami włoskiego. Dobrze wygląda, dobrze smakuje i dobrze zapowiada to co ma nastąpić dalej.

rubinstein salami

Młoda Dama zażyczyła sobie Tagiatelle z grzybami:

rubinstein tagiatelle

Natomiast na moim talerzu zagościło zdecydowanie danie wieczoru - Płatki polędwicy wołowej z podgrzybkami, włoską kapustą i ziemniaczkami. Woila, tak to wygląda:

rubinstein poledwica

Trzeba przyznać, że podane jest to wszystko niezwykle smakowicie. Prawdę mówiąc byłem początkowo rozczarowany wielkością porcji mięcha, lecz nic bardziej mylnego, bo nie wiem jak to się stało, ale absolutnie nie poczułem głodu po spałaszowaniu polędwicy przygotowanej w sposób trudny do określenia słowami. Ciężkie, podkute obuwie z metalowym noskiem spadało regularnie na kamienną podłogę wraz z każdorazowym opadem szczęki szczęśliwej przy ataku każdego kolejnego kęsu. Całość została dopełniona butelką hiszpańskiego wina stołowego. (Warto zapytać kelnera o wina, gdyż karta zawiera trunki w takich cenach, że zawału serca można dostać). Na koniec kawa. Mniam.

Czas na podsumowanie finansowe: 250 zl wraz z napiwkiem.

Nie ma co ściemniać. Jedzenie rewelacyjne, choć dość drogie. Polecam gorąco.

poniedziałek, 02 listopada 2009
Śniadanko na niebiesko.

Był taki czas kiedy biuro miałem w knajpie. Miałem wtedy akurat przerwę pomiedzy kolejnymi przeprowadzkami do Warszawy, a korpo umożliwiło mi pracę z Wrocławia. Oczywiście posiadłem również piękny pokój w ramach oddziału, z którego jednak niechętnie korzystałem. Powodów było kilka, ale najważniejszym jest to, że zawsze byłem leniem i dojazdy gdziekolwiek mnie zasadniczo nudzą. Wolałem zdecydowanie przeturlać się do Rynku, a dokładnie na Plac Solny do knajpy znanej jak Blue Bar Cafe.

Zwykle zjawiałem się tam około 9.30 i po odpaleniu kompa dokonywałem zamówienia. Oczywiście kawa latte była obowiązkowa, a do tego jeden z zestawów śniadaniowych. Na przykład takie Śniadanie Angielskie, tadam:

sniadanie blue

(Kawa - 9zl. Śniadanie - 18 zl. Więcej szczegółów menu na www.bluebarcafe.pl)

Tak przygotowany, z pełnym brzuszkiem, dwoma komórkami na stole (dobra - wiem, że to wieś), odpalonym fifirifi i kawą w dłoni można było przystepować do zagłębiania się w polskie internetowe biznesy na przecudnych rynkach europy wschodniej.

Wymieniając różnego rodzaju tajemnicze maile z osobami o mniej lub bardziej zakazanych twarzach warto od czasu do czasu obadać co na blipie, gdyż może to przynieść dość nieoczekiwane skutki.

Któregoś dnia siedząc w Blue Bar otrzymałem na blipie info o tym że "Dzisiaj wyjątkowo ssie net w blue bar we Wrocławiu". Leniwie podniosłem głowę znad kompa, rozejrzałem się wokół - stwierdzając, że około 2 metry ode mnie siedzi zdrowej postury gość. I był to, nie licząc mnie, jedyny gość w knajpie. Wiele się nie zastanawiając - zwróciłem się do niego tekstem - Fakt, no rzeczywiście dzisiaj trochę ssie.

Płakaliśmy ze śmiechu z 10 minut. A ja w ten sposób poznałem Bartka - autora bloga www.webstop.pl.

Innym razem, zauważyłem status w stylu: "Siedzę w Blue Bar we Wrocławiu i robie cośtam". Oczywiście podnoszę łeb a tu ... około 10 kolesi z laptopami i cholera wie który blipnął (po awatarze ciężko było się zorientować). Napisałem mesydż: "podnieś łapę w górę" i po chwili zobaczyłem jak jeden z klientów rozgląda się wokół i nieśmiało podnosi dłoń. Tak poznałem Arka ze www.smava.pl.

Pewnie gdybym został we Wrocławiu to takich znajomości blubarowych byłoby więcej. Teraz gdy siedzę za biurkiem w korpo, trochę mi brakuje szumu knajpy i swoiście przedziwnej atmosfery pracy. Kto wie, może kiedyś znowu będę tak pracował.