Dywagacje okołokonsumpcyjne.
poniedziałek, 08 lutego 2010
Zaginiony Stek. Część 4. Zaskoczenie.

Zasadniczo sprawę steków uznałem za zakończoną. Na wszelki wypadek będąc kilka dni temu w Kijowie zawitałem ponownie do goodmana w celach wiadomych, a raczej po to, aby kolejny raz upewnić się, że tamtejsze steki są niedoścignionymi wzorami dla szefów kuchni wszelakiej.

Oprócz tego, że jeżdżę tu i tam, zdarza się, że mam różnej maści zagramanicznych korpogości, z którymi po kilku godzinach rozmów wypada skoczyć coś wrzucić na ruszt. Rozmowy owe nie należą do najłatwiejszych, także obowiązkowym elementem konsumpcji musi być browar. Musiałem więc poszukać knajpy, która spełnia następujące wymagania: jest blisko hotelu w którym noclegujemy naszych gości (czyli okolice Jana Pawła), jest wystarczająco wypasiona konsumpcyjnie (ale bez przesady z cenami) i oczywiście dają browary.

Korpogoście z krajów byłych demoludów, z którymi spotkam się najczęściej, mają cechę, która nieustająco mnie zadziwia. Mówię tutaj o chęci prowadzenia rozmów biznesowych czy później negocjacji w sposób daleki od klasycznej ekonomii Adam Smith'a. Określenie "Wszyscy wygrywają" jest im w większości obce, bardziej interesująca jest z ich punktu widzenia próba zaskoczenia, przechytrzenia i zdobycia jak najwięcej dla siebie. Innymi słowy - to chęć nie tyle dążenia do wspólnego celu, wyniku z którego wszyscy uczestnicy są zadowoleni, to raczej próba zrobienia partnera biznesowego w balona. Innym zjawiskiem jest strach przed ujawnianiem swoich dokonań i nieudolna próba ukrywania porażek. A dzielenie się swoim doświadczeniem związanym właśnie z porażkami w biznesie lub w prowadzeniu projektów opartych o internet uważam za niezwykle inspirujące. Takim rozmowom zdecydowanie lepiej sprzyja nieformalna atmosfera dobrej konsumpcji.

Zupełnie przypadkowo postanowiłem zaryzykować i zaprosić gości do T.G.I. Friday's. Byłem już tam oczywiście. Raz w Kijowie kiedyś, dawno ale nie była to wizyta zasługująca na szczególną uwagę. Raz byłem we Wrocławiu - co z kolei skończyło się poważną niestrawnością. Tak, więc zaproszenie do gości do tej sieci knajp w Wawie wiązało się jednak z pewnym ryzykiem. Nie miałem ochoty więcej szukać, taka jest prawda - smutna i prawdziwa.

Dokonałem tam następującej degustacji:

stekfridays


Stek model New York, średniowysmażony, w sosie musztardowym. Do tego ziemniak i pieczarki w panierce. Całość, podaną na gorącym talerzu, dopełniało piwo marki Żywiec.

Powiem krótko i treściwie - byłem mile zaskoczony. Stek był doskonale wypieczony i smaczny. I pomimo dość wysokiej ceny - za całość około 70 zl - polecam zdecydowanie. A jako, że jutro znowu przyjeżdżają koeljni korpogoście - nie pozostaje mi nic innego jak pojawić się we Friday's ponownie, by sprawdzić czy to nie był jednorazowy wybryk szefa kuchni.