Dywagacje okołokonsumpcyjne.
piątek, 22 stycznia 2010
Japoński lanczyk.

Niezbyt często ostatnio, ale jednak zdarza mi się skoczyć coś posuszyć. Jak już wspominałem wcześniej doskonałym miejscem na lanczyk japoński jest Moskwa gdzie można uraczyć się małym co nieco w następującej postaci:

sushi moscow

lub też skoczyć do Kijowa gdzie taki wynalazek można trafić:

sushi kiev

I prawdę mówiąc wszędzie smakuje podobnie. NIe ma znaczenia gdzie się pojedzie, przyzwoicie przygotowane sushi smakuje tak samo.

Przynajmniej teoretycznie i przynajmniej wtedy gdy mówimy o szybkim żarciu a nie wypasionej jaopońskiej kolacji na której serwowane są wypasione wynalazki. Nie, teraz mówimy o nieduzym daniu mającym zaspokoić wstępny głód w sposób minimalnie wyszukany.

Kiedyś wpadałem do 77Sushi na Żelaznej w Wawie. Ale ostatnio postanowiłem obadać w miarę świeżą knajpę na Wiatraku (Rondo Wiatraczna) o wdzięcznej nazwie Satori.

Oczywiście looknięcie na menu:

satori menu

Wybór Padł na nieskomplikowany zestaw lunchowy składający się z miso i zestawu. Dodatkowo w ruch poszła mineralna i hebrata.

miso satori

satori lunch

Nie komplikując tej notki specjalnie było nieźle. Cena za lunch około 30 zł i całkiem przyzwoicie smakowało. Pamiętać należy, że to lancz więc nie ma się co napinać z poszukiwaniem wyszukanego smaku.

Tagi: lunch
11:02, pennepesto , japońskie
Link Komentarze (2) »
środa, 13 stycznia 2010
Na kaca po włosku.

Nie lubię kaca. Tak, wiem że to żaden nius, żadne odkrycie i żaden bonus. Nikt nie lubi. Jednak każdy ma lub jest w trakcie nieustannych poszukiwań różnego na kaca sposobów. Kiedyś odkryłem co na mnie działa najlepiej. Woda. Nie mówię tu o wielogodzinnym prysznicu choć ten tez jest spoko, lecz o basenie. Nic tak dobrze nie robi jak przepłyniecie kilometra techniką aktualnie wybraną przez umoczonego w basenie osobnika tudzież osobniczkę. Nie wiem jak to działa, ale właśnie ta forma wysiłku fizycznego powoduje, że mam ochotę funkcjonować dalej po ostrej imprezie w pełni zadowolony i szczęśliwy.

Basen ma też inną poważną zaletę. Wzmaga apetyt. A co za tym idzie dobra konsumpcja wydaje się być nieodzownym elementem leczenia organizmu nadwątlonego przez C2H5OH (czterdziestoprocentowy rozwór z wodą źródlaną). Jako, że najczęściej zdarzało mi się bywać na Delfinku przy Kasprzaka w Wawce - naturalnym miejscem konsumpcji pobasenowej została włoska pizzeria - Va Bene. A w zasadzie to już Tratoria Boccone (uwaga usability tego serwisu to dramatex do kwadratu), gdyż tak obecnie się ów przybytek nazywa. Oczywiście oprócz pizzy można uraczyć się tutaj innymi przysmakami kuchni włoskiej. Całkiem spoko są makarony i bardzo przyzwoita zupa cebulowa. Do tego niezły wybór win.

Jednakże na kaca najlepsza jest pizza. Sprawdziałem tam chyba wszystkie, wszystkie spróbowałem, lecz najbardziej do gustu trafiła mi Caprociossa. Sos pomidorowy, szynka, ser i pieczarki. Nic specjalnego wydawać by się mogło. Nic bardziej mylnego. Wszystko świeże, pachnące i podane na cienkim cieście, takim jak we Włoszech. Wypas.

capriciossa


Do tego obowiązkowo lampka wina a później kawa. Przyznam, że bardzo lubię tam przychodzić. A póki pracowałem w poprzedniej Korpo, to również kilka razy zdarzyło się coś zamówić na wynos. Polecam serdecznie szczególnie, że za pizzę, lapkę wina i kawę zostanie wyrzucone nie więcej niż 40 biletów banku polskiego narodowego.

18:51, pennepesto , włoskie
Link Komentarze (1) »
niedziela, 03 stycznia 2010
Zaginiony Stek. Część 3. House.


Po genialnym steku wołowym w goodmanie i całkiem przyzwoitym kawałku wieprzowiny w wiedeńskiej karczmie zapragnąłem z całego serca dokonać przynajmniej zbliżonej jakościowo konsumpcji w Stolycy. Wawka jednak nie rozpieszcza knajpami stekowymi. A tam gdzie powinno tak być - niekoniecznie jest. Oczywiście nie znam pewnie wszystkich tego typu miejsc, dlatego z przyjemnością przyjmę info o tym gdzie tego typu przybytek się znajduje.

Serialowy Doktor House mawia, że wszyscy kłamią. Nie wiem czy wszyscy, ale jak popatrzę sobie na biznes rodzaju wszelakiego w szczególności opartego o korpozasady to mam wrażenie, że o ile nie kłamią to przynajmniej sprytnie pokazują przełożonym to co się dzieje w pozytywnych barwach. Kumpela pracująca kiedyś w jednej ze skośnookich spółek w Polsce, opowiadała mi, że główny szef tego całego interesu miał zasadę, według której mają dochodzić do niego tylko dobre wiadomości - bo on tylko dobre chce przekazywać dalej. I w ten sposób najwyższa góra kilka tysięcy kilometrów stąd była szczęśliwa otrzymując informacje pozytywne, bo negatywnych nie było. Znaczy sukces za sukcesem. Oczywiście w szczegółach, kilka pięter niżej już tak różowo nie było. Choć też należy brać pod uwagę, że z drugiej strony, z punktu widzenia szefów problemy, które urastają do rangi tragedii wśród pracowników nie mają kompletnie znaczenia dla rozwoju firmy. Szczególnie tyczy się to dużych firm, które istnieją na rynku niemalże siłą rozpędu, nabraną w momencie gdy były jeszcze małymi elastycznymi spółkami o dużej dynamice rozwoju.

Zaczynam pieprzyć. Przejdźmy zatem do konsumpcji. Padło na London Steak House przy Jerozolimskich. Knajpa spora. A ja głodny byłem niemożliwie i oczywiście koniecznie musiał być to steak. Czas na menu:

lsk menu

Co mnie zaskoczyło to nie trzy a pięć możliwości wysmażenia mięcha. Pojawiło się coś pośredniego pomiędzy krwistym a średnio-wysmażonym i coś pomiędzy średnio-wysmażonym a twardą dechą. Oczywiście zamówiłem to co zwykle - czyli centralnie po środku. Sirloin w sosie musztardowym, pieczarki i browar. Tyskie. Innego nie było choć w karcie teoretyczniemiały swoje miejsce. Słabość.

lsh steak

Mając porównanie z poprzednimi knajpami steakowymi ta jest zwyczajnie kiepska. Mięso w środku wnętrza było nieco niedosmażone co w przypadku wyboru middle jest porażką. I pewnie gdyby nie potworny głodzimierz jaki owego dnia mnie zaatakował to pewnie zrobiłbym jakiś dym. Czujesz rym? Paziowi królowej mogę naskoczyć tekstem tym. ;-)

Tak najadłem się, ale bez specjalnej satysfakcji. Również cena za całość - 75 zł nie zachęca do ponownych odwiedzin. No chyba, że ma się za dużo kasy lub głód doskiwiera taki, że jest wszystko jedno co się je. Chociaż wtedy to może lepiej skoczyć na kebsa.