Dywagacje okołokonsumpcyjne.
niedziela, 15 listopada 2009
Grzybem i po szerokości.

Lubię Kraków. Nic na to nie poradzę. Raz na jakiś czas fajnie jest skoczyć do Grodu Kraka, aby kopnąć Smoka w tyłek. Oczywiście można również wpaść czasami na koncert do Klubu Studio lub po prostu połazić czy też poimprezować na Kazimierzu - niepotrzebne skreślić.

Tym razem wyjazd do Krakowa odbył się w niewątpliwie doskonałym towarzystwie Pewnej Młodej Damy oraz Pewnego Młodego Gentlemana. Zakwaterowaliśmy się na rogu Estery i Miodowej. Miejsce dla osób kumających klimatyczną topografię - perfekcyjne, gdyż usytuowane rzut oszczepem od Placu Nowego gdzie obowiązkiem jest wciągnąć szybkie, małe danie w postaci zapiekanki z Okrąglaka. Niemalże pod samym mieszkaniem znajdował się także sklep z alkoholami wszelakimi, a przede wszystkim całkiem przyzwoitym wyborem win.

Zaraz po zakwaterowaniu skierowaliśmy swe kroki na ulicę Szeroką znaną ze swoich knajp i restauracji. Ceny tam nie należą do najniższych, ale co tam, przejmować się nie będziemy. Nie było żadnego szczególnego miejsca poleconego mi przez znajomych więc w zasadzie postanowiliśmy wejść do pierwszej knajpy w której w menu przed wejściem zawiera danie potencjalnie mogące stanowić konsupcyjne wyzwanie dla Młodego Gentlemana.

Wybór padł na 4 Pory Roku stanowiącej wraz częścią hotelową miejscówkę pod szumną nazwą Rubinstein Residence. No na bogato, nie da się ukryć - szczegóły - www.rubinstein.pl. W menu był krem grzybowy z niespodzianką. Młody Gentleman oczywiście najbardziej zainteresowany był niespodzianką.

Zanim dokonaliśmy niezbędnej czynności zamówienia, zostałem mile zaskoczony tym co zwykle charakteryzuje dobre restauracje - menu, które ma 3 strony na krzyż i zaledwie kilka dań. To, w moim małym móżdżku, oznacza, że dania które otrzymuję pod nos są świeże, z własnie ubitego kozła ofiarnego lub innego bawołu.

rubinstein menu

Dokonaliśmy zamówienia. Młody Gentleman zażyczył sobie wspomnianą zupę, a w zasadzie krem grzybowy z niespodzianką, którą niestety nie były zwierzątka z Epoki Lodowcowej 3, ani nawet miniatura okrutnego Smoka Wawelskiego, lecz jedynie pasztecik. Zjadłem go osobiście, co było robić.

Przed spektakularnym wjazdem dań głównych, na scenę wkroczyła minizakąska w postaci salami włoskiego. Dobrze wygląda, dobrze smakuje i dobrze zapowiada to co ma nastąpić dalej.

rubinstein salami

Młoda Dama zażyczyła sobie Tagiatelle z grzybami:

rubinstein tagiatelle

Natomiast na moim talerzu zagościło zdecydowanie danie wieczoru - Płatki polędwicy wołowej z podgrzybkami, włoską kapustą i ziemniaczkami. Woila, tak to wygląda:

rubinstein poledwica

Trzeba przyznać, że podane jest to wszystko niezwykle smakowicie. Prawdę mówiąc byłem początkowo rozczarowany wielkością porcji mięcha, lecz nic bardziej mylnego, bo nie wiem jak to się stało, ale absolutnie nie poczułem głodu po spałaszowaniu polędwicy przygotowanej w sposób trudny do określenia słowami. Ciężkie, podkute obuwie z metalowym noskiem spadało regularnie na kamienną podłogę wraz z każdorazowym opadem szczęki szczęśliwej przy ataku każdego kolejnego kęsu. Całość została dopełniona butelką hiszpańskiego wina stołowego. (Warto zapytać kelnera o wina, gdyż karta zawiera trunki w takich cenach, że zawału serca można dostać). Na koniec kawa. Mniam.

Czas na podsumowanie finansowe: 250 zl wraz z napiwkiem.

Nie ma co ściemniać. Jedzenie rewelacyjne, choć dość drogie. Polecam gorąco.

poniedziałek, 02 listopada 2009
Śniadanko na niebiesko.

Był taki czas kiedy biuro miałem w knajpie. Miałem wtedy akurat przerwę pomiedzy kolejnymi przeprowadzkami do Warszawy, a korpo umożliwiło mi pracę z Wrocławia. Oczywiście posiadłem również piękny pokój w ramach oddziału, z którego jednak niechętnie korzystałem. Powodów było kilka, ale najważniejszym jest to, że zawsze byłem leniem i dojazdy gdziekolwiek mnie zasadniczo nudzą. Wolałem zdecydowanie przeturlać się do Rynku, a dokładnie na Plac Solny do knajpy znanej jak Blue Bar Cafe.

Zwykle zjawiałem się tam około 9.30 i po odpaleniu kompa dokonywałem zamówienia. Oczywiście kawa latte była obowiązkowa, a do tego jeden z zestawów śniadaniowych. Na przykład takie Śniadanie Angielskie, tadam:

sniadanie blue

(Kawa - 9zl. Śniadanie - 18 zl. Więcej szczegółów menu na www.bluebarcafe.pl)

Tak przygotowany, z pełnym brzuszkiem, dwoma komórkami na stole (dobra - wiem, że to wieś), odpalonym fifirifi i kawą w dłoni można było przystepować do zagłębiania się w polskie internetowe biznesy na przecudnych rynkach europy wschodniej.

Wymieniając różnego rodzaju tajemnicze maile z osobami o mniej lub bardziej zakazanych twarzach warto od czasu do czasu obadać co na blipie, gdyż może to przynieść dość nieoczekiwane skutki.

Któregoś dnia siedząc w Blue Bar otrzymałem na blipie info o tym że "Dzisiaj wyjątkowo ssie net w blue bar we Wrocławiu". Leniwie podniosłem głowę znad kompa, rozejrzałem się wokół - stwierdzając, że około 2 metry ode mnie siedzi zdrowej postury gość. I był to, nie licząc mnie, jedyny gość w knajpie. Wiele się nie zastanawiając - zwróciłem się do niego tekstem - Fakt, no rzeczywiście dzisiaj trochę ssie.

Płakaliśmy ze śmiechu z 10 minut. A ja w ten sposób poznałem Bartka - autora bloga www.webstop.pl.

Innym razem, zauważyłem status w stylu: "Siedzę w Blue Bar we Wrocławiu i robie cośtam". Oczywiście podnoszę łeb a tu ... około 10 kolesi z laptopami i cholera wie który blipnął (po awatarze ciężko było się zorientować). Napisałem mesydż: "podnieś łapę w górę" i po chwili zobaczyłem jak jeden z klientów rozgląda się wokół i nieśmiało podnosi dłoń. Tak poznałem Arka ze www.smava.pl.

Pewnie gdybym został we Wrocławiu to takich znajomości blubarowych byłoby więcej. Teraz gdy siedzę za biurkiem w korpo, trochę mi brakuje szumu knajpy i swoiście przedziwnej atmosfery pracy. Kto wie, może kiedyś znowu będę tak pracował.

 

piątek, 30 października 2009
Halloween - lancz po strasznościowemu.

Zmiana korpo pociągnęła za sobą konieczność odszukania miejsc w których bez trudu i problemu można skonsumować coś w godzinach pracy. Okolice Ronda Wiatraczna w Wawie mają to do siebie, że można tu znaleźć sporo obiecujących lunchowni z których mój wybór padł ostatnio na 4Smaki w budynku Blue Point przy Al. Stanów Zjednoczonych 61A.

Z bliżej mi nieznanych powodów Młoda Dama określa to miejsce jako "straszne", jednak moim zdaniem strasznie nie jest, choć duch wszechogarniającego korpo wychodzi z każdego zakamarka. Na szczęście nie widuje się tu pałaszujacych szybkie mięcho japiszonów z laptopami - choć budynek mógłby na to wskazywać. Panowie Kucharze za ladą konsumpcyjną zasadniczo są mili i przyjaźni - nie licząc momentów kiedy zapominają coś podać. No ale ok ... nie będę się czepiał.

Codziennie mamy kilka dań do wybóru w cenach przyzwoitych. Szybkie spojrzenie na menu ...

menu 4smaki

... owocuje decyzją o zakupie Kremu włoskiego.

krem wloski

Tortilla z kurczakiem została wybrana jako danie drugie.

4tortilla

Przyznać trzeba że szczególnie naleśnik wygląda na mocno zmęczonego życiem. Pozory mylą. Danie całkiem daje rade a kurczak w środku wnętrza przyprowiony jest bardzo przyzwoicie.

Jeżeli dodam do tego, że wraz z czymś do picia można zamknąć się w kwocie ok 18zl - to trzeba przyznać, że lanczyk zaliczyć należy do udanych.

11:15, pennepesto , na szybko
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8